czwartek, 14 maja 2015

JOYride

A było to tak...
Mamusia była już przezmęczona wielkobrzuszną egzystencją i przemawiała do Dzidziusia, żeby urodził się w jej urodziny. Plan był bardzo sprytny: narodziny w urodziny, potem szybciutko do domu i wspólne święta. Tatuś pukał się w głowę, Mamusi nic nie przeszkadzało. Plan to plan przecież.
Bardzo fajny na dodatek.
Termin kolejnej wizyty wypadał akurat w same urodziny, Mamusia wczołgała się po schodach, Pan  Doktor powiedział, że coś jakby już prawie, Pani Położna, że 'nooo... może za dwa dni'. Mamusia przyjechała do domu i płakała rzewnie w wiatrołapie, że tak długo przyjdzie jej czekać jeszcze.
Trzy dni później wieczorem... zaczęło się!
Dzieci porzucone, Babcia zawezwana na nocny dyżur, choć niedługi przecież, bo Mamusia standardowo wypluwa potomki ledwie przekroczy próg szpitala.
Boli, stęka, dycha, skurcze co 5 minut, doktor mówi, że centymetrów 3. 
Najmniej w historii, ale nie będziemy się kłócić. Załatwmy sprawę raz-dwa i po kłopocie.

Superman na porodówce znów nie zapłacił za salę rodzinną

Po godzinie centymetrów nie przybywa, za to skurczów ubywa znacząco. Po dwóch godzinach pojawia się niecierpliwość, bo tak długo jeszcze nigdy nie byliśmy na sali. Po godzinach czterech nadchodzi czas na konkrety, bo Dzidziuś się ewidentnie rozmyślił, a akcja definitywnie zatrzymała.
Personel informuje Mamusię, że te opowieści o szybkich porodach, to jakieś bajki i że przygotują dla niej patologicznie położnicze łóżeczko do czasu porannego obchodu i gremialnego podjęcia decyzji o jej dalszych losach.
Mamusia informuje personel, że w domu ma dużo wygodniejsze łóżko, więc już się lepiej pożegna. Przyjmuje doktorską krytykę swojej lekkomyślności oraz pisemnie odpowiedzialność za śmierć swoją, wszystkich swoich dzieci, dalszych członków rodziny oraz psa sąsiadów.
Rozczarowani i zawiedzeni Rodzice wracają do domu ledwo po północy, powitani przez bardzo zdziwioną Babcię, która przyznaje, że taka zabawa jest zupełnie nie w stylu Mamusi.

Przez następne trzy tygodnie Brzuchata liczy po 40 skurczów na dobę, zupełnie już nie wiedząc, czy jest całkiem głupia, czy po prostu mocno niemądra, w każdym razie wykańczając się powoli acz do cna.
Święta mijają, mija Sylwester, życie zawisa na skraju niewiadomego, a tu zbliżają się półokrągłe urodziny Tatusia.... Organizować? Nie organizować? Zapraszać? Nie zapraszać? A, raz kozie śmierć - zrobimy i zaprosimy, w zaprzyjaźnionej restauracji, z klauzulą 'możliwe do przesunięcia w każdej chwili'.
Dzień przed imprezą Mamusia wpełza do gabinetu, w którym Doktor bardzo jej współczuje, ale żadnych symptomów zbliżającej się akcji nie widzi. Zaznacza, że przy jej historii wszystko może się oczywiście zacząć nagle i gwałtownie, ale póki co... e-e. Pani Położna ani żadna maszyna nie chcą zaprzeczyć jego ocenie.
Mamusia z Mają pod pachą kupuje jeszcze wyciskarkę do soków na uodpornienie, krzyczy na Starszaki za nieodbieranie telefonów, kiedy czeka, by je odebrać z zajęć, a na koniec płacze rzewnie w wiatrołapie, że nikt jej nie kocha, nikt jej nie lubi, nikt nie rozumie, nikt nie chce pomóc i będzie w tej ciąży już zawsze, a do końca świata to już na pewno. Potem w akcie desperacji ukręci sobie koktajl położnych, który w ogóle nie zadziała i cudownym zrządzeniem Opatrzności, po raz pierwszy od trzech tygodni, wreszcie zaśnie. Znaczy się koktajl zadziała, ale odwrotnie. Organizm się wyciszy i przestanie nad Mamusią znęcać. Jak to cudownie przespać się bez skurczu kilka godzin z rzędu. Pięć dokładnie, bo o 7:10 znów skurcz ją budzi. Nie jest to jednak skurcz uprzejmie budzący. Nie jest to nawet skuczybyk. To mega-skurczysko!
'Ocho, koktajl z opóźnionym zapłonem, ale jednak trochę działa'.
No działa, działa, ale akcja zaczyna się coś szybko zagęszczać. Po 20 minutach Mamusia już wie, że to nie żarty. Postanawia jeszcze się upewnić wchodząc do wanny, ale wejść już do niej nie daje rady.
Słyszy za to bardzo wyraźnie: 'załóż spodnie dresowe'. Co? Spodnie dresowe? Przecież nawet nie są ciążowe, będą mnie cisnąć w brzuch. 'Załóż spodnie dresowe', Głos nalega niewzruszony. Dobra. Zakłada.
Budzi Tatusia, nie życzy mu wszystkiego najlepszego, każe mu się zbierać natychmiast i próbuje nie krzyczeć, żeby nie obudzić dzieci. Po chwili już nic nie próbuje, tylko krzyczy do Taty, żeby się pospieszył jeszcze bardziej.
Ze względu na niemożność schylenia się, wślizguje się w ogrodowe klapki Tatusia i wytacza w stronę samochodu.
Przedni fotel rozłożony, można pędzić. No, nie można, bo roboty drogowe od 13 miesięcy i akurat koparka. I dziury okropne. Ale to już poza percepcją Mamusi.

W obrębie jej percepcji jest tylko:
1. "Dzwoń do szpitala! Powiedz, że już jedziemy, niech anestezjolog czeka na podjeździe z igłą! AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!! Jak to nie możesz? Możesz! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! No, dzwoń, błagam cię!"
2. Modlenie się o brak kolizji, bo poduszka między nogami, eksplozja, te rzeczy....
3. "Czerwone! Nie zatrzymuj się na czerwonym! Błagam! Trąb i jedź! TRĄB I JEDŹ!!"
I tak poza tym darcie się.
Darcie w niebogłosy.
Przedziwna sprawa, ale pomiędzy tym wszystkim Mamusia myśli o przyszłości fotela i podkłada pod siebie kurtkę, właściwie nie wiadomo po co.

Tatuś nigdy w życiu nie miał tak podzielnej uwagi. Pędził, wyprzedzał, trąbił, dzwonił do szpitala, wymuszał pierwszeństwo i wysłuchiwał dzikich ryków równocześnie. Podobno mu nie przeszkadzały. Najwyraźniej na tę część podzielności uwagi już nie starczyło.
Podobno chwilami jechał i 120. Panu Bogu dzięki, że to sobota rano.
Niestety żadnego zdjęcia pamiątkowego miasto dotąd nie przysłało.

A: AAAAAAAAAAAAAA!!!! Zatrzymaj się!
P: Nie mogę!
A: ZATRZYMAJ SIĘ!!!
I wtedy zobaczył. Bo oto dokładnie na zakręcie i pod mostem, prosto w - doskonale elastyczne, choć zupełnie nie ciążowe - spodnie dresowe, na świat wychynęła mała główka.
"O, Boże!" - krzyknął Tatuś i przeskoczył na najwyższy poziom wielozadaniowości dostępny w jego Matriksie. Hamulce zadziałały jak marzenie, Tatuś przebiegł dookoła samochodu, przyjął już spokojne instrukcje Mamusi, przyjął bardzo spokojnego Dzidziusia, wtyknął go pod bluzkę Mamusi, zawinął obie w sweter, zignorował korek, który swoim niefrasobliwym zachowaniem drogowym spowodował i drżąc na całym ciele dojechał ostatni kilometr do szpitala. Upewniwszy się, że Dzidziuś dycha, Mamusia już tylko powtarzała, że nie ma się teraz co spieszyć i w ogóle, to Panu Bogu dzięki.

Ooo, widok paniki na podjeździe dla karetek wart był niejednej przejażdżki.
Szaleństwo powinno mieć jednak swoje granice. Gdy Dyżurny Pan Doktor zapytał siedzącą wciąż w samochodzie Mamusię, czy Dzidziuś został odpępowiony, można już było tylko wybuchnąć śmiechem.
Już nikogo nie zadowala niezwykłość narodzin w dniu terminu podanego w ZUSie? Naprawdę nikogo??



Jak podsumowała ciocia K. "Taxi 2, tania sensacja, ojciec rajduje, odbiera poród i przegryza pępowinę". No, jakoś mu to ostatnie nie wyszło. Może jak trochę poćwiczy...

Wyszło mu za to wszystko inne. Bohatersko. I jeszcze na swoją imprezę zdążył.
A Babcia tym razem dostała palpitacji na wieści z telefonu i prośbę, by do Reszty zajrzała.
Tak źle i tak niedobrze.
Rodziców trudno zadowolić.

Wszystkiego najlepszego z okazji półokrągłych urodzin, Tatuś!
Odtąd zawsze będziecie mieli z Najmłodszym Dzidziusiem tort z tą samą końcówką.
To dopiero historia.
Najbardziej odjechane 70 minut w życiu :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz